Pokazywanie postów oznaczonych etykietą milla. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą milla. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 lutego 2016

Catherine i Amanda

Seria: Zamek Calhounów (tom 1 i 2)
Wydawnictwo: Harper Collins Polska (partner kolekcji Edipresse)
Liczba stron: 384
Rok wydania: 2015

Na skalistym urwisku nad zatoką w stanie Maine stoi Towers, wspaniała rodzinna rezydencja, w której żyje legenda o niespełnionej miłości i ukrytych szmaragdach. Mieszkają w niej cztery siostry gotowe bronić swej posiadłości wbrew wszelkim przeciwnościom losu. Catherine najbardziej ze wszystkich sprzeciwia się sprzedaży Towers, choć koszty utrzymania rezydencji znacznie przekraczają możliwości panien Calhoun. A już za nic nie może dopuścić, by nabył ją magnat hotelowy Trenton St. James, który ich ukochany dom potraktowałby jako kolejny interes.
 
Amanda czuje że znajomość ze Sloanem O'Rileyem, który ma zaprojektować plan przebudowy rodzinnej posiadłości, może być kłopotliwa. Oboje są pełni temperamentu i od pierwszej chwili mocno między nimi iskrzy. Amanda postanawia utrzymać dystans, rozmawiać ze Sloanem wyłącznie o interesach, lecz to okazuje się dość trudne.... 

 Lubię od czasu do czasu przeczytać lekki romans, ale momentami zastanawiam się, czy autorki tworzące ten gatunek nie zatracają się zbyt mocno podczas pisania swoich powieści. Przeszkadza mi, że w większości romansów bohaterkami są kobiety, które tracą swoją osobowość, kiedy na scenę wkracza „książę” zniewalający je swoim erotycznym magnetyzmem. Czy kobieta nie może być silną i niezależną osobowością, by zdobyć miłość? Wydawało mi się, że siostry Calhoun – główne bohaterki powieści Nory Roberts – są niezależnymi i pewnymi siebie heroinami, które nie pozwolą dmuchać sobie w kaszę. Kiedy jednak na horyzoncie pojawili się przystojni i bogaci faceci, bohaterki zaczęły przypominać mi stereotypowe uległe kobietki, które mówią „nie”, ale myślą „tak”.

„Catherine i Amanda” to zbiór dwóch niewyszukanych, lekkich, miłosnych opowiadań. Bohaterkami wykreowanych przez pisarkę historii są dwie z czterech sióstr Calhoun. Młode kobiety stoją na skraju ruiny. Rodzinna, podupadła rezydencja jest studnią bez dna. Siostry zostają zmuszone do podjęcia rozmów o sprzedaży Towers. Potencjalnym nabywcą jest magnat hotelowy Trentom St. James. Między mężczyzną, a najmłodszą z sióstr zaczyna mocno iskrzyć. Druga historia rozgrywa się kilka tygodni po wydarzeniach, które zostały przedstawione w „Catherine”. Do rezydencji przyjeżdża architekt Sloan O’Riley (postać bardzo działająca mi na nerwy), który ma zająć się renowacją Towers. Jeszcze przed zameldowaniem się w rezydencji wpada on na Amandę, która z miejsca zaczyna go interesować.

W tle rozterek miłosnych Catherine i Amandy rozgrywa się historia dramatycznej miłości Bianki Calhoun (prababki sióstr), której duchowa obecność ciągle jest wyczuwana w Towers. Przed siostrami stoi także zadanie odnalezienia zaginionych klejnotów należących do prababki. Historia Bianki i jej klejnotów oraz motyw renowacji Towers spajają opowiadania.

„Catherine i Amanda” to tendencyjny romans. Książkę przeczytałam szybko, dostarczyła mi rozrywki, ale znalazły się w niej również sceny, które mnie irytowały. Romantyczne nowelki Roberts średnio mi podchodzą, wolę wielowątkowe sensacyjno-romantyczno-obyczajowe powieści tej autorki.

poniedziałek, 7 września 2015

Śmiałe marzenia. Saga marzeń tom I

Wydawnictwo: Książnica
Liczba stron: 375
Rok wydania: 2008

W barwnej scenerii urwistych wybrzeży Kalifornii, wśród przepychu luksusowej rezydencji nad oceanem dorastają trzy dziewczynki. Przyjaźnią się serdecznie, każda z nich snuje jednak własne marzenia o przyszłości. Piękna, ambitna i niezależna Margo Sullivan robi międzynarodową karierę jako fotomodelka, prawdziwe szczęście znajdzie jednak dopiero u boku wymarzonego mężczyzny...


Właśnie takiej lektury potrzebowałam – ciepłego, pozytywnego, zabawnego i lekko bajkowego romansu, który rozgrzałaby serducho i pokazał, że choć droga do spełniania marzeń nie jest usłana płatkami róż, to warto podjąć wysiłek i zawalczyć o zrealizowanie swoich pragnień, a kiedy nic z tego nie wyjdzie, nie zrażać się, próbować dalej lub poszukać innej drogi. „Śmiałe marzenia”, pierwszy tom trylogii funkcjonującej pod nazwą „Saga marzeń”, to przyjemna, choć nieco przewidywalna powieść, której lektura przyniesie miłośniczkom gatunku i twórczości Roberts sporo radości oraz dość potężną dawkę śmiechu. Lekko rozrzewniający, szalony i pełny pasji romans przyprawi o drżenie serca.

Akcja powieści koncentruje się na przedstawieniu perypetii Margo Sullivan - atrakcyjnej modelki, która spadła z piedestału, gdy stała się gwiazdą skandalu. Ambitna dwudziestoośmiolatka, która w wieku 18 lat opuściła rodzinne gniazdo, by realizować jedno ze swych największych marzeń, wraca do domu ze starannie ukrytym, podkulonym ogonem. Ta silna i dumna kobieta, nie umiejąca i nie chcąca przyznać się do porażki, musi spróbować na nowo poukładać swoje rozsypane życie, odnaleźć swoje prawdziwe „ja”, którego wcale nie definiuje zawód i stan konta. Choć bohaterka powieści straciła niemal wszystko, to nikt nie zabrał jej najcenniejszego aktywa – przyjaźni.

Okładki nowszych wydań
 Margo Sullivan, szalona marzycielka, upadła modelka,  Kate Powell, twardo stąpająca po ziemi, rzeczowa pani księgowa i Laura Templeton, spadkobierczyni hotelowego konsorcjum, romantyczka, której życie dało w kość, zawsze są gotowe, by służyć sobie pomocą i wspierać się . Trzy kobiety, różniące się jak woda, ogień i ziemia, są dla siebie jak siostry, a kiedy jedna z nich znajduje się w potrzebie, dwie pozostałe gotowe są rzucić wszystko, by biec z odsieczą.


„Śmiałe marzenia” okazały się piękną, nieco cukierkową opowieścią o pięknej przyjaźni, podejmowaniu ryzyka, spełnianiu własnych marzeń i przede wszystkim o miłości. Wątek romantyczny, który rozgrywa się pomiędzy pełną temperamentu Margo i zadziornym bratem Laury, Joshem, jest pełny napięcia i emocji. Pisarka wykreowała postacie o mocnych i wybuchowych charakterach, których interakcje nie raz przybierają bardzo dynamiczny i nieprzewidywalny obrót – od nienawiści i chęci mordu, po płomienny romans. Nie da się zaprzeczyć, że kreacja postaci jest bardzo mocnym punktem tego tytułu.

Niby to zwykły romans wykorzystujący znane motywy, a jednak ma w sobie to „coś”. Pierwszy tom „Sagi marzeń” był lekką, niezobowiązującą lekturą, która dostarczyła mi sporo rozrywki.  

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Życie na sprzedaż

Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 528
Rok wydania: 2011

Wydaje się, ze Emma ma wszystko: urodę, talent, pieniądze, wspaniałego ojca. Lecz na jej życiu kładzie się cieniem ponura zbrodnia, której świadkiem była w dzieciństwie. I oto nagle przeszłość powraca, a z nią śmiertelny strach...

Do „Życia na sprzedaż” Nory Roberts mam ogromny sentyment. To jedna ze starszych powieści pisarki, została po raz pierwszy wydana w 1990 roku, ale niczym nie ustępuje jej nowszym utworom. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że „Życie na sprzedaż” to jedna z najlepszych powieść tej autorki (przynajmniej takie jest moje zdanie). Zanim trafiłam na ten tytuł podchodziłam bardzo sceptycznie do twórczości Nory Roberts – byłam przekonana, że Amerykanka tworzy tylko przesłodzone i banalne romansidła. Jakże się myliłam!

„Życie na sprzedaż” jest zdecydowanie czymś więcej niż historią miłosną. Autorka stworzyła świetny thriller romantycznym z mocno zarysowanymi wątkami społeczno-obyczajowymi. Fabuła powieści rozpoczyna się w roku 1990, ale akcja obejmuje lata wcześniejsze. Krótki prolog pozwala czytelnikowi zerknąć na rozgrywający się w teraźniejszości tajemniczy dramat, a już za moment fabuła cofa się o kilkadziesiąt lat, by pozwolić nam śledzić historię życia głównej bohaterki powieści. Czytelnik jest świadkiem jakiegoś dramatu, ale widzi tylko jego migawkę. Chwilowe zerknięcie na życie tajemniczej postaci, której jeszcze nie znamy, mocno pobudza ciekawość i podsyca napięcie. Już na starcie pojawia się masa pytań. Kim jest tajemnicza kobieta? Przed kim lub czym ucieka? Co się stało? Jaki związek ma ona z bohaterami, których poznajemy? Czy jest to główna bohaterka, a może ktoś związany z jej rodziną? Pisarka zdecydowanie wie, jak zainteresować czytelnika.

Główną bohaterką powieści jest Emma, córka Briana McAvoya, lidera kapeli rockowej Devastation. Fabuła skupia się na przedstawieniu jej losów oraz życia jej bliskich - życia niezwykle barwnego, obfitującego zarówno w przyjemne wydarzenia, jak i smutne dramaty. Autorka ciekawie ukazała funkcjonowanie kapeli działającej w latach 70. i 80. oraz problemy, które stawały się udziałem członków jej składu – narkotyki i alkohol, zakrapiane domówki, przygodny seks, ukrywanie homoseksualnej orientacji. Nie brak w powieści wątków romantycznych, obyczajowych i kryminalnych dotyczących życia Emmy i jej bliskich.

Pisarka poruszyła w swej powieści bardzo wiele tematów i wszystkie one były doskonale wkomponowane w fabułę. Nie odnosiłam wrażenia, że jakiś wątek jest wepchnięty na siłę lub jest zbędny. Powieść czytałam płynnie, przystanki robiąc tylko wtedy, kiedy buntował się organizm – bardzo trudno było mi oderwać się od tej książki.

Dla mnie „Życie na sprzedaż” okazało się jednym z tych tytułów, przy których czytelnik zapomina o bożym świecie. Liczyła się tylko wykreowana przez pisarkę historia i wszechogarniające pragnienie poznania jej finału.  

niedziela, 9 listopada 2014

W samo południe

Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 558
Rok wydania: 2014

Pani porucznik Phoebe MacNamara - jedna z najlepszych negocjatorek policyjnych i zarazem samotna matka - nie boi się nikogo. Odważna i wrażliwa, obawia się tylko miłości i dlatego trzyma mężczyzn na dystans. Tak też postępuje z Duncanem, właścicielem baru, który jednak nie zamierza dać za wygraną. Gdy Phoebe staje się celem prześladowań psychopaty, pomoc Duncana okazuje się niezbędna... Kapitalny portret silnej kobiety w obliczu wielkiego zagrożenia i historia romansu, którego miało nie być. Fenomenalna autorka bestsellerów "New York Timesa" wznosi się na wyżyny powieścią o kobiecie, która bez strachu stawia czoło niebezpieczeństwom, ale musi się jeszcze zdobyć na odwagę, by ulec miłości.

Lubię powieści Nory Roberts. Połączenie romansu z wątkami sensacyjnymi, kryminalnymi i obyczajowymi w książkach tej autorki bardzo mi odpowiada. Podoba mi się również fakt, że wątek romantyczny obecny w powieściach Roberts zwykle nie przytłacza fabuły, że uczucia bohaterów rozwijają się na tle ciekawych wydarzeń. „W samo południe” jest tytułem, który zawiera w sobie typowe dla prozy Nory Roberts elementy, jednak ta konkretna powieść mnie nie przekonała – to tytuł dobry, ale ciężko było mi się wkręcić w akcję. Ani fabuła ani bohaterowie nie wywołali we mnie specjalnie mocnych emocji. Byłe letnio, a momentami powiewało nudą i fabularnym przegadaniem.

Phoebe McNamara to samotnie wychowująca córkę policjantka, która w zespole pełni rolę negocjatorki. Podczas jednej z akcji poznaje  bogatego i sympatycznego właściciela baru – Duncana Swifta. Mężczyzna od razu zwraca uwagę na charyzmatyczną i pełną pewności siebie, rudowłosą policjantkę. Bohater robi wszystko, by zbliżyć się do Phoebe. Kobieta, choć początkowo podchodzi do nowej znajomości z dystansem, dość szybko daje się oczarować przystojnemu i troskliwemu Duncanowi. W tle historii miłosnej rozgrywają się bardziej dramatyczne i nieprzyjemne wydarzenia. Główna bohaterka musi poradzić sobie z agresywnym mizoginem, który jest jej podwładnym. W międzyczasie ktoś zaczyna podrzucać na werandę jej domu martwe zwierzęta. Phoebe będzie musiała odkryć kim jest jej prześladowca.

Nie wiem, co nie zagrało w trakcie lektury, ale „W samo południe” czytałam tak trochę na automacie – skoro już zaczęłam czytać to skończę, nawet jeśli odbieram fabułę jako taką sobie. Może winę za taki odbiór powieści ponosi ekranizacja, którą obejrzałam kilka lat temu. Może chodzi o to, że pamiętałam w jakim kierunku będzie rozwijała się wykreowana przez Roberts historia i w związku z tym zabrakło mi podczas lektury pewnego elementu zaskoczenia. Znajomość filmu zdecydowanie mogła wpłynąć na moje postrzeganie tego tytułu, w którym główny wątek kryminalny nie stanowił dla mnie tajemnicy. Szkoda, że tak się stało, że nie odczuwałam podczas lektury dreszczyku emocji, który niechybnie by się pojawił, gdybym nie miała żadnego pojęcia o treści książki.

piątek, 25 lipca 2014

Klucz odwagi. Trylogia Klucze Tom III

Seria: Trylogia Klucze (tom 3)
Wydawnictwo: Prószyński i Sk-a
Liczba stron: 352
Rok wydania: 2011

Wyjątkowe połączenie mitu, magii i romansu…
Zoe McCourt, trzecia z przyjaciółek poszukujących kluczy do Szkatuły Dusz, staje przed bardzo trudnym zadaniem. Malory i Dana osiągnęły sukces, a teraz od niej zależy los Szklanych Cór i powodzenie wspólnego dzieła. Zoe, wychowana w przyczepie samochodowej w Zachodniej Wirginii, matka nieślubnego syna, nie wie też, jak potraktować zaloty Brada Vane’a, dziedzica milionowej fortuny i przyjaciela pozostałych uczestników poszukiwań. Jego bogactwo i urok osobisty budzą w niej lęk.
 

Wspólne przedsięwzięcie trzech przyjaciółek wydaje się strzałem w dziesiątkę. Ale czarnoksiężnik Kane, przewidując swą porażkę, podejmuje desperackie i brutalne działania. Zoe chwyta za miecz, stając do walki. Czy uda jej się zwyciężyć mroczne siły, które rozpętały wojnę w świecie bogów?

„Klucz odwagi” to ostatni tom trylogii „Klucze”, w którym miłośnicy twórczości Nory Roberts poznają finał przygód trzech przyjaciółek, których zadaniem było uwolnienie dusz córek celtyckiego boga. Do walki z Kane’m staje Zoe. Bohaterka jest już bogatsza o doświadczenia swoich przyjaciółek, więc wie, że przeciwnik nie cofnie się przed niczym by ją powstrzymać. Trzy kobiety są o krok od wypełnienia powierzonego im zadania, niebezpieczeństwo związane z poszukiwaniami wzrasta. Na szczęście główna bohaterka, podobnie jak jej poprzedniczki, nie będzie pozostawiona samej sobie - Zoe będzie mogła liczyć na wsparcie fascynującego ją mężczyzny oraz kobiet, z którymi połączyła ją wspólna misja i prawdziwa, głęboka przyjaźń.

Główną bohaterka tej części trylogii jest samotną matką, kobietą której brak obycia i wiedzy, które posiadały jej poprzedniczki, a jednak posiada ona coś wyjątkowego. Prostą fryzjerkę cechuje ogromna odwaga. Zoe walczy jak lwica w obronie tych, których kocha. Choć początek poszukiwań nie napawa optymizmem, czytelnik wie, jak zakończy się ta opowieść – w tym aspekcie zaskoczenia raczej nie ma.

Podobnie jak w poprzednich częściach „Kluczy” autorka położyła nacisk na wątek romantyczny, który wypadł bardzo dobrze. Bohaterowie „Klucza odwagi” są dojrzali i nie piętrzą przed sobą wyimaginowanych problemów. Największą bolączką romansów jest to, że autorki bardzo często mnożą bezsensowne problemy i stawiają przed swymi bohaterami równie absurdalne przeszkody, Roberts jest chlubnym wyjątkiem. Pisarka kreuje realistyczne wątki miłosne, w których nie uświadczymy raczej wymyślnych, sztucznych dramatów – przynajmniej ja to tak odbieram.

Wątek romantyczny został dobrze pokazany, natomiast wątek fantastyczny budził we mnie takie same odczucia, jak podczas czytania dwóch poprzednich tomów – jest to uatrakcyjniające romans tło, które akurat we mnie nie wywołało nadmiernych emocji. Pomysł był ciekawy, ale wątek nie został dostatecznie rozwinięty i dopracowany. Oczywiście mamy kilka strasznych i magicznych scen, ale mnie one nie przekonały. Pisarka wypada zdecydowanie lepiej w powieściach, w których łączy romanse z wątkami sensacyjnymi i obyczajowymi. Na niekorzyść wątku fantastycznego działa również fakt, że jego rozwiązanie nie stanowi raczej zbytniej tajemnicy i czytelnik jest w stanie je przewidzieć.    

Trylogia „Klucze” to seria dla czytelników lubiących romanse z nutą magii, którzy szukają przede wszystkim dobrze opowiedzianej, romantycznej historii miłosnej. 

środa, 29 maja 2013

Czarne Wzgórza

Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 496
Rok wydania: 2011

W malowniczej Dakocie Południowej, pośród gór i dzikich zwierząt, rozgrywa się akcja tej pięknej powieści. Wychowana na farmie Lil poznaje Coopa, nowojorskiego chłopca, będącego na wakacjach. Nigdy nie zapomną pierwszego uczucia, lecz gdy spotkają się po latach, będą już innymi ludźmi.
Lil, obrończyni zwierząt, prowadzi rezerwat. Coop, detektyw, wraca na farmę dziadków, by zacząć nowe życie. Oboje nie zamierzają ulegać dawnym sentymentom. Tymczasem w rezerwacie zaczynają dziać się dziwne rzeczy: po serii niewyjaśnionych zabójstw ktoś zaczyna prześladować Lil... Tylko Nora Roberts potrafi tak połączyć romantyczną opowieść o miłości z suspensem.


Bardzo lubię czytać literaturę typowo kobiecą, jednak nie przepadam za zbyt słodkimi romansami, które są lukrowane aż do obrzydzenia. Napisanie dobrego, wyważonego romansu, którego fabuły nie obrzydzi czytelnikowi zbytnie odrealnienie i przesłodzone, patetyczne dialogi wcale nie jest łatwym zadaniem. Nora Roberts jest mistrzynią w swym fachu, a stworzonych przez nią opowieści w żadnym razie nie mogę nazwać ckliwymi, ucukrzonymi romansidłami. Dzięki połączeniu romansu i sensacji oraz wpleceniu w powieści pewnej dozy wątków obyczajowych, utwory Roberts czyta się rewelacyjnie – nie należy jednak przesadzać z lekturą książek tej pani. Zbyt wiele utworów Nory na raz to dawka niewskazana i przesyt w tym wypadku jest uczuciem gwarantowanym.

Od mojego ostatniego spotkania z pisarstwem Roberts minęło sporo czasu. „Odtrułam” się po ostatnim lekkim rozczarowaniu, dałam sobie czas na odpoczęcie od autorki. Tym razem, zamiast zawodu, czekała mnie ogromna przyjemność. Sięgnęłam po „Czarne Wzgórza” – romans z akcją osadzoną w scenerii Dakoty Południowej.

Lil i Coop poznali się kiedy byli dziećmi. Ona wychowywała się na farmie. On był mieszczuchem z Nowego Jorku, którego rodzice wysłali do dziadków. Miedzy dziećmi wywiązała się przyjaźń, a kiedy bohaterowie spotkali się kilka lat później do głosu doszły mocniejsze uczucia. Los nie chciał jednak, żeby młodzi zostali razem. Lil nade wszystko pragnęła zająć się badaniem ogromnych kotów – pum, tygrysów, lwów. Dziewczyna marzyła o założeniu na ziemi przodków rezerwatu dla tych majestatycznych zwierząt, które fascynowały ją od dzieciństwa. Coop wrócił do Nowego Jorku, gdzie został policjantem.

Pierwsze uczucie nie wygrało w zderzeniu z twardą rzeczywistością. Lil i Coop rozstali się. Do ponownego spotkania dochodzi po dziesięciu latach. Niestety bohaterowie muszą poradzić sobie nie tylko z własnymi emocjami, ale również z nieuchwytnym mordercą, który wybrał  Lil na swój kolejny cel. Wątek sensacyjny, którym Roberts okrasiła fabułę swej powieść jest ciekawy i dodatkowo uatrakcyjnia czytelnikowi lekturę „Czarnych Wzgórz”.

Powieść Roberts to romans „na bogato”. Pisarka umiejscowiła akcję swego utworu w ciekawym miejscu, bohaterowie wykonują ciekawe i niebanalne zajęcia. Pisarka opisuje pracę w rezerwacie, opisuje jak wygląda opieka nad dzikimi kotami – już za to należy się jej ogromny plus. Większość autorek romansów pisze po prostu, że dana postać wykonuje taką, a taką pracę, brak natomiast szczegółów - Roberts pisze inaczej. Pisarka umiejscawia swych bohaterów w konkretnym środowisku, obdarza ich konkretnymi zadaniami i pokazuje, jak jej postacie funkcjonują w codziennym życiu – dzięki temu wykreowani przez nią bohaterowie wydają się nadzwyczaj realnymi ludźmi.

W powieści niezwykle podobała mi się kreacja postaci oraz sposób w jaki autorka rozwijała wątek miłosny. Bohaterowie nie spijają sobie z dzióbków, nie zasypują się frazesami o niegasnącym i wiecznym uczuciu. Lil i Coop to para, która wiele przeszła. Mężczyzna zranił Lil, a ona nie jest głupiutką gąską, której miękną kolana, gdy tylko ujrzy obiekt swych uczuć. Bohaterka nie jest również upartą babą, która unosi się honorem. Niezwykle podobał mi się fakt, że bohaterowie rozmawiają ze sobą, że analizują swe uczucia, i że pracują nad swoimi relacjami – żadnego banalnego, lukrowanego romansu i żadnych uproszczeń typu: spotkaliśmy się po latach i wszystko znów jest okej.

„Czarne Wzgórza” czytało mi się wspaniale. Polecam książkę miłośnikom autorki oraz czytelniczkom, które cenią sobie romantyczne opowieści nie przypominające słodkiego ciastka oblanego dodatkowo toną lukru.

środa, 6 marca 2013

Klucz wiedzy. Trylogia Klucze Tom II

Seria: Trylogia Klucze (tom 2)
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 360
Rok wydania: 2010

Dana Steele rozpoczyna poszukiwania drugiego klucza otwierającego szkatułę, w której czarnoksiężnik Kane uwięził dusze trzech królewskich córek. Kiedyś Dana przeżyła zawód miłosny; teraz jej dawny ukochany, Jordan, powraca. Jaka przyszłość ich czeka? Jordan nie wiedział, że Dana go kochała... i nie wie, że nadal darzy go uczuciem. Pragnie zdobyć jej miłość. Kane zastawia pułapkę na nich oboje. Aby zwyciężyć, Dana musi pogodzić głos serca z głosem rozsądku. I odnaleźć książkę, która doprowadzi ją do drugiego klucza. Czy uda jej się dostrzec prawdę w sieci kłamstw?

Kiedy zabieram się za czytanie jakiejś powieści wchodzącej w skład dłuższej serii, staram się zgromadzić wszystkie tomy cyklu, by móc przeczytać go od razu. Dzięki takiemu działaniu nie zapominam żadnych wątków, wiem kim są wszyscy bohaterowie (nawet ci pełniący role epizodyczne), a co najważniejsze nie muszę długo czekać na poznanie zakończenia cyklu, jeśli dana seria niezwykle mnie zainteresowała. Niestety taki sposób poznawania serii książkowych ma też swoje minusy. Jeżeli poszczególne tomu opierają się na tych samych schematach, pojawiają się w nich niemal identyczne sceny bądź bohaterowi są kopiami postaci występujących w poprzednim tamie, wtedy przyjemność z czytania ulatnia się jak powietrze z przebitego balonu. Niestety czytanie wszystkich tomów trylogii „Klucze” jeden po drugim, wywołało we mnie te negatywne odczucia.

Po tym, jak skończyłam czytać „Klucz światła, czym prędzej sięgnęłam po „Klucz wiedzy”. Główna bohaterka drugiego tomu trylogii Nory Roberts jest bibliotekarką i przyznam, że postać Dany intrygowała mnie od początku. Bardzo chciałam przyjrzeć się jej poszukiwaniom tajemniczego klucza, który ma otworzyć drugi zamek szkatuły, w której zostały zamknięte dusze celtyckich półbogiń. Niestety powieść okazała się niemiłosiernie schematyczna. W książce pojawia się wiele scen, które są niemal wiernymi kopiami wydarzeń, które miały miejsce w tomie pierwszym trylogii. Dana zostaje zwolniona z pracy, okoliczności w jakich do tego dochodzi są lustrzanym odbiciem tego co spotkało wcześniej Malory. Również niezadowoleni ze zwolnienia bohaterki ‘klienci’ biblioteki reagują w taki sam sposób, jak klienci galerii, z której została zwolniona bohaterka „Klucza światła”. Podobieństw jest znacznie więcej, jednak nie będę ich już wymieniała.

W „Kluczu światła”, podobnie jak w „Kluczu wiedzy”, dominuje wątek romantyczny, wątek fantastyczny rozwija się dopiero w końcówce utworu.

W tym tomie główna bohaterka będzie starła się poradzić sobie z emocjami, które wyzwala niej Jordan. Mężczyzna opuścił ją i wyjechał do Nowego Jorku, by rozwijać karierę pisarską. Bibliotekarka ma niezwykły żal do Jordana za to, że zostawił ją, a swoim odejściem złamał jej serce. Dana poczuła się wykorzystana i zdradzona, kiedy dowiedziała się, że jej ukochany wyjeżdża nie poinformowawszy jej nawet o swych planach. Mimo całego rozgoryczenia, w momencie, w którym dawny kochanek powraca do Pleasant Valley, w bohaterce zaczyna odżywać dawna namiętność. Dana i Jordan są obecnie dojrzalsi niż kiedyś. Bohaterowie są gotowi do podjęcia dialogu i wytłumaczenia sobie nawzajem wszystkich spraw i wydarzeń z przeszłości, które przyczyniły się do ich rozstania. Sposób w jaki pisarka poprowadziła wątek uczuciowy bardzo mi się spodobał.

Co do wątku fantastycznego, to nie ma sensu za bardzo się rozpisywać. Przed Daną staje takie same zadanie jakie wykonała Malory, i jakie będzie musiała wykonać Zoe. Może w tym tomie działanie przeciwnika kobiet jest nieco bardziej brutalne i zdecydowane niż w „Kluczu światła”, jednak sam przebieg poszukiwania klucza wygląda identycznie jak w tomie pierwszym. Bohaterka otrzymuje wskazówki od Roweny i Pitte’a i ma miesiąc na odkrycie, gdzie został ukryty jej klucz, po drodze musi pokonać kilka przeszkód i pułapek zastawionych przez czarnoksiężnika Kane’a.

„Klucz wiedzy” utrzymuje taki sam poziom jak poprzedni tom trylogii. Przez większą część powieści autorka eksponuje wątek romansu miedzy głównymi bohaterami powieści. W końcówce rozpędu nabiera wątek fantastyczny, który w tym tomie prezentuje się bardziej dramatycznie niż w „Kluczu światła”. Niestety, ze względu na dużą schematyczność lektura tego tomu okazała się mniej porywająca niż lektura „Klucza światła” – za dużo było podobieństw do pierwszego tomu trylogii przez co fabuła była zbyt przewidywalna.

W wypadku „Trylogii kluczy” czytanie kolejnych części w bliskim odstępstwie czasu działa zdecydowanie na niekorzyść serii – przynajmniej ja tak odczuwałam. W najbliższym czasie nie sięgnę raczej po „Klucz odwagi”. Odpocznę sobie od tej trylogii, by za jakiś czas móc przeczytać finałowy tom serii z prawdziwym zainteresowaniem.

wtorek, 5 marca 2013

Klucz światła. Trylogia Klucze Tom I

Seria: Trylogia Klucze (tom 1)
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 384
Rok wydania: 2010

Trzy młode kobiety, Malory, Dana i Zoe, zostały zaproszone do tajemniczej, baśniowej rezydencji na przyjęcie. Ekscentryczni gospodarze, Rowena i Pitte, przedstawiają im niesamowitą propozycję, która może odmienić życie całej trójce.

Trzy odważne, mocno stąpające po ziemi kobiety, trzy klucze... Każda z nich musi wykonać trudne i niebezpieczne zadanie. Jeśli im się uda, czeka je wspaniała nagroda. Pierwsza rusza do walki o szczęście Malory. W kolejnych tomach z losem będą się zmagać Dana i Zoe. Czy im się powiedzie?


Nora Roberts to pisarka, która świetnie odnajduje się w różnych gatunkach literackich: romansach, powieści obyczajowej, sensacji, fantastyce. Jako, że do tej pory nie miałam możliwości poznania żadnej powieści pisarki, w której dominowałyby elementy tego ostatniego, wymienionego przeze mnie gatunku, postanowiłam czym prędzej zmienić ten stan. Wybór padł na książkę stanowiącą pierwszy tom trylogii "Klucze” - „Klucz światła”.
 
Główną bohaterką powieści jest Malory Price, która pracuje w galerii sztuki w niewielkim miasteczku Pleasant Valley. Dwudziestoośmiolatka, kochająca sztukę pokłóciła się właśnie z nową żoną właściciela galerii, jej posada wisi na włosku. Uporządkowane pod każdym aspektem życie bohaterki zaczyna się walić. Aby odegnać od siebie przykre myśli, Malory decyduje się wziąć udział w koktajlu organizowanym w rezydencji leżącej na Wzgórzu Wojownika.
Na miejscu okazuje się, że w spotkaniu, poza gospodarzami i Malory, wezmą udział tylko dwie kobiety – bibliotekarka Dana i fryzjerka Zoe. Wszystkie zaproszone znajdują się w podobnej sytuacji materialnej – etat Dany został drastycznie skrócony, Zoe została zwolniona przez właścicielkę salonu kosmetycznego, w którym pracowała. Jakby tego było mało, szybko wychodzi na jaw, że kobiety są w podobnym wieku. Malory i jej nowe znajome zaczynają się niepokoić tymi zbiegami okoliczności, ich obawy wzrastają, kiedy spotykają gospodarzy i wysłuchują ich historii, którą najłagodniej można określić jako gadanie szaleńca.
 
Rowena i Pittie twierdzą, że zaproszone kobiety są trzema wybrankami, które mają odnaleźć  klucze zamykające szkatułę, w której zostały uwięzione śmiertelne dusze celtyckich półbogiń. By przekonać swoich gości o autentyczności fantastycznej historii, para pokazuje im portret bogiń – postacie namalowane na płótnie mają twarze naszych bohaterek. Malory, Dana i Zoey zaczynają dopuszczać do siebie myśl, że opowieść Roweny i jej partnera może zawierać w sobie ziarenko prawdy. Bohaterki skuszone obietnicą wynagrodzenia postanawiają zaryzykować i zgadzają się wziąć udział w poszukiwaniu kluczy. Pierwszą wybranką zostaje Malory, na odnalezienie klucza bohaterka ma miesiąc.

„Klucz światła” to powieść fantastyczna, w której równie ważny co wątek magiczny, jest wątek romansowy, który nawiasem mówiąc jest świetny.  Malory nie jest zmuszona szukać klucza sama, pomagają jej poznane w rezydencji kobiety, które szybko stają się jej przyjaciółkami. Bohaterce pomaga także brat Dany Flynn, którego poznała w bardzo zabawnych okolicznościach. Zresztą w tej powieści aż roi się od zabawnych scen i dialogów. Bardzo podobał mi się fakt, że autorka odwróciła role i tutaj to Malory staje się drapieżcą próbującym usidlić Flynna, a nie na odwrót.
 
Wątek romansowy odwracał niestety uwagę od wątków fantastycznych. Można by właściwie powiedzieć, że to miłość pomiędzy dwójką bohaterów stanowiła oś fabuły, a wszelkie elementy magiczne pełniły jedynie rolę ciekawego tła – trochę przykre, ale ja odczuwałam to właśnie w ten sposób. Historia z poszukiwaniem kluczy zaczęła mnie wciągać mniej więcej od połowy powieści, kiedy to doszło do intensyfikacji działań zarówno bohaterek jak i mrocznej siły, która chciała je pokonać.
 
„Klucz światła” jest doskonałym romansem, wątek fantastyczny nieco mnie rozczarował i budził mieszane uczucia. Początek rozbudził ciekawość, jednak pierwsza część książki nie wciągnęła i była właściwie nijaka, dopiero końcówka trzymała w napięciu (oczywiście, to zdanie odnosi się jedynie do wątku fantastycznego powieści). Gdybym chciała ocenić „Klucz światła" to za romans dałabym 5, za wątek fantastyczny 3.

czwartek, 31 stycznia 2013

Hołd


Nora Roberts znajduje się w gronie moich ulubionych pisarek tworzących literaturę  dla kobiet. Powieści tej pani dostarczają mi mnóstwo rozrywki, mimo to nie sięgam po nie zbyt często. Jak każda pisarka, Nora Roberts wykształciła sobie charakterystyczny styl, dlatego – będąc miłośniczką jej twórczości - wiem czego mogę się spodziewać. Romans, elementy sensacji, tajemnice, melodramaty i większej lub mniejszej objętości wątki obyczajowe. Gdybym chciała poznać całą prozę Nory Roberts „na jeden raz” myślę, że bardzo szybko bym się znudziła. Dawkując sobie utwory pisarki stopniowo, ciągle czerpię przyjemność z ich czytania i nie doświadczam poczucia przesytu.

Tym razem mój wybór padł na „Hołd”, powieść, którą Nora Roberts napisała w roku 2008, a która w Polsce ukazała się po raz pierwszy rok później. Główną bohaterką utworu jest dwudziestoośmioletnia była aktorka, która realizuje się obecnie jako przedsiębiorca budowlany. Cilla, która nie miała udanego dzieciństwa, postanawia na nowo odnaleźć siebie i stworzyć prawdziwy dom, którego nigdy nie miała. Bohaterka przenosi się do Wirginii, gdzie znajduje się podupadła rezydencja jej babki - sławnej aktorki Jane Hardy, która popełniła samobójstwo. Cilla decyduje się odnowić zrujnowany dom i osiąść w nim na stałe. Kobieta rozpoczyna remont, jednak komuś najwyraźniej nie podoba się ten fakt, a także to, że bohaterka odnajduje listy adresowane do jej babki, napisane przez tajemniczego kochanka. Okazuje się, że Janet tuż przed śmiercią nawiązała intensywny romans. Ktoś nie chce, by ta informacja ujrzała światło dzienne. Wkrótce tajemnicza osoba atakuje i niemal zabija byłego męża bohaterki, który podobnie jak ona pracuje w branży budowlanej i ciągle utrzymuje z nią przyjacielskie stosunki. Na budowie dochodzi do coraz nowych aktów wandalizmu.

Cilla nie musi jednak radzić sobie z problemami sama. Przystojny sąsiad z naprzeciwka, twórca komiksów Ford Sawyer jest zauroczony urodziwą kobietą. To właśnie Sawyer będzie stanowił najwierniejszego sojusznika i pocieszyciela Cilly.

Nora Roberts wykreowała świetnych bohaterów, którzy nawzajem się uzupełniają. Cilla nie jest nieporadną mimozą. To kobieta, która doskonale radzi sobie z narzędziami, a wybór płytek czy zakupy listew podłogowych sprawiają jej frajdę o wiele większą niż zakup nowych ubrań. Również Ford, który nie ma za grosz umiejętności technicznych i lepiej nie dawać mu narzędzi do ręki, jest wspaniałą postacią – ideałem każdej kobiety. Główny bohater doskonale rozumie Cillę, wspiera ją, chroni i ma niebywały dar rozwiązywania napiętych sytuacji oraz poprawiania humoru swej sąsiadki. Szczególnie spodobał mi się pomysł, by w sytuacjach kryzysowych Ford zostawiał swej wybrance narysowane przez siebie śmieszne historyjki komiksowe, które mają poprawić jej humor. Niebanalni bohaterowie są głównym atutem „Hołdu”.

Nora Robert przyzwyczaiła mnie do trzymających w napięciu wątków sensacyjnych. Do tej pory czytałam głównie utwory pisarki, które powstały na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Muszę przyznać, że w starszych powieściach wątki sensacyjne prezentowały się nieco lepiej niż w przeczytanej właśnie książce. W „Hołdzie” nie odczuwałam już takiego napięcia czy niecierpliwości płynącej z pragnienia odkrycia tożsamości czarnego charakteru, nie oczekiwałam z niepokojem na to, co zrobi tajemniczy złoczyńca. Jeśli chodzi o wątek kryminalny, to dla mnie był taki sobie – ani ekscytujący ani zbyt nudny.

„Hołd” Nory Roberts mogę polecić wszystkim kobietom, które lubią połączenie sensacji i romansu. Fanek pisarki nie musze specjalnie namawiać do lektury, bo wiem, że tak jak ja, kiedyś po nią sięgną :) Chociaż uważam, że ten tytuł jest nieco słabszy niż wcześniej poznane przez mnie powieści pisarki (m. in. „Życie na sprzedaż”, „Słodka zemsta”), to i tak jego lektura dostarczyła mi kilkunastu godzin przedniej rozrywki.